Przepiękny wystrój bloga zawdzięczam Szczególnie niewidocznej. z bloga "Skrawek nieba." Jeszcze raz Ado, dziękuję bardzo za poświęcony czas. ♥ Szablon jest przepiękny.

sobota, 5 maja 2012

Siedemnaście.


Zaufanie, czyli bezgraniczna więź, która łączy dwoje ludzi. Sprawia, że możemy mówić sobie o wszystkim, robić ze sobą najdziwniejsze i najmniej przewidywalne rzeczy bez obaw, że ktoś pozna prawdę, że nasz słaby punkt czy czarna strona naszego oblicza, której świat nie zna, mogą zostać odkryte. Ujawnione. Przy osobie, nam bliskiej, zaufanej nie ma tego skrępowania, braku poczucia własnej wartości. Jesteśmy tylko my dwoje, szczęśliwi i pełni życia, pozytywnego nastawienia, które kumuluje się w naszych organizmach za pomocą czasu, każdego razem spędzonego momentu. Podobno żyjemy w podłym świecie, w czasach kiedy miłość to zwykły status na portalu dla mas czy papierek w urzędzie, w latach kiedy słowo „Sorry” zastąpiło to magiczne „Przepraszam” wypowiedziane z uczuciem i łezką w oku, ponieważ po co się fatygować jak można napisać krótkiego SMS-a? Tak, mamy dwudziesty pierwszy wiek, przełom. Ludzie nie są już tak uczuciowi i spontaniczni. Żyją jak roboty, zapominając o tym, że mają serce i duszę, zapominając o uczuciach, które jeszcze kilka lat temu dawały tyle energii, sprawiały, że mieliśmy siłę na tak wiele. Wiedzieliśmy, że jest sens wstawać rano ponieważ za chwilę spotkamy rodziców, przyjaciół czy też naszą drugą połówkę, bratnią duszę, miłość naszego jakże nudnego życia, które dzięki niej nabiera barw.
Możliwe, że się na tym nie znam. Cóż jestem zwykłą szesnastolatką, która straciła w wypadku rodziców, wyjechała z miasta, które kochała. Porzuciła dom i przyjaciół żeby z przymusu, nie własnej woli, zacząć życie w innym miejscu. Możliwe, że z powodu nudy czy rozpaczy, naczytałam się książek i naoglądała pustych filmów i to  z nich wydobywam tę mądrość, gdyż sama jeszcze nie przeżyłam na tyle dni żeby móc snuć takie domysły. Możliwe, że jestem bajkopisarką i mam bujną wyobraźnie, która mnie kiedyś zwiedzie na manowce, pokaże, że nigdy nie było czegoś takiego jak miłość, zaufanie i prawdziwe „Przepraszam”. Możliwe, że ludzie już w epoce kamienia łupanego wysyłali sobie SMS-y w jakiś tam magiczny sposób. Wszystko jest możliwe, a ja mogę tylko śnić, śnić o lepszym świecie i ludziach. O przeszłości, która miała swoje wspaniałe momenty i przyszłości, która też może być tak samo ciekawa. Wszystko jest możliwe w moim śnie zwanym życiem, z którego nie chcę się otrząsnąć, jednak jeżeli kiedyś będę musiała, to za chwilę, nie teraz. Nie w momencie kiedy bez żadnych zobowiązań leżę na rozłożonym, samochodowym krześle obserwując gwiazdy i popijając kawę. Nie teraz, gdy obok leży człowiek, który uratował mnie przed zatraceniem i monotonią życia. Nie w chwili, kiedy z głośników sączy się cicha muzyka a my rozkoszujemy się swoim towarzystwem.
-A tą znasz? – powiedział cicho Mailk, kiedy piosenka puszczana z płyty zmieniła się już kolejny raz tego wieczora. Przymknęłam lekko powieki i starałam się wsłuchać w słowa, w tekst, poznać wykonawcę i utwór.
-Bruno Mars? – zapytałam niepewnie, spoglądając na chłopaka, który z delikatnym uśmiechem zajadał się lukrowanym ciastkiem.
-Wykonawcę mamy, a tytuł? –przekręcił głowę w moją stronę mierząc mnie uważnym wzrokiem. Może lepiej byłoby zgasić to głupie światełko, które paliło się nad nami? Wtedy przynajmniej nie widziałabym jak te jego czekoladowe tęczówki rozgryzają mnie od środka, jakby to była najłatwiejsze i najnormalniejsze zajęcie pod słońcem.
-Sama nie wiem – wywróciłam z rozbawieniem oczami i odstawiłam kubek po kawie do tekturowego spodka.
-No, Ann nie powiesz mi chyba, że się poddajesz – zaczął się droczyć ze mną, jakby nieznanie tej piosenki było czymś złym, potwornym i karalnym w naszym świecie – Jeżeli nie zgadniesz, nie dostaniesz ciastka – poruszył zabawnie brwiami.
O co mu chodziło?  Chciał coś udowodnić? Pokazać jak dobrze zna się na muzyce, czy pochwalić znajomością play listy tatusia?
-Ej, zgadłam wykonawcę, więc połowa ciastka mi się należy! – pisnęłam z nutką żalu w głosie. W sumie to nie miałam ochoty na ciastko, jednak fakt, że miało być ono wygraną w jakiejś zabawie z Zaynem sprawiał, że pożądałam  go bardziej niż czegokolwiek w tym momencie. Pożądałam wygranej i przewagi nad tym człowiekiem.
-Nie – pokręcił głową i zaczął bawić się lukrowanym przysmakiem jakby to było coś wspaniałego, idealnego. Coś ponad otaczający nas system, który on złamał a ja nie potrafię. – No dajesz, jakie znasz piosenki Marsa?
-„Lazy song” odpada bo to znam na pamięć – zrezygnowana ponownie położyłam się na rozkładanym fotelu – To może… „It will rain”? – przeniosłam wzrok na chłopaka z nadzieją, że mój traf był celny. Cóż, jego mina mówiła sama za siebie.
-Dobra, wiedziałaś. Masz – z miną zbitego kundla podał mi ciastko i także oparł się o fotel zakładając ręce za głowę. - Cause there'll be no sunlightif I lose you, baby… - brunet zanucił fragment utworu.
Przymknęłam delikatnie oczy i wsłuchana w muzykę starałam się rozkoszować tym momentem, chwilą zwycięstwa oraz czasem kiedy nic poza samochodem nie było ważne. Miałam w nosie to czy ktoś się teraz o mnie martwi, zastanawia co robię, gdzie jestem. W tym momencie nie interesowała mnie nawet godzina. Liczył się tylko ten spokój, opanowanie. Chwile kiedy moje serce czuło się takie lekki, spokojne. Nie martwiłam się o nic. Nie przejmowałam się samotnością i brakiem zrozumienia. Tęsknota odeszła, możliwe, że tylko na chwilę jednak teraz jej nie było. Została w Bradford, w małym czerwonym pokoju razem ze stertą zdjęć i wspomnień, które choć tak wspaniałe potrafiły ranić.
-I'll never be your mother's favorite, your daddy can't even look me in the eye… - Zayn najwyraźniej wczuł się w rolę wokalisty co mu nawet pasowało. Chłopak posiadał przyjemny, ciepły głos. Śpiewał czysto i z akcentem, oryginalnym akcentem, który zapewne zawdzięczał muzułmańskim korzeniom. – Genialna jest ta piosenka – szepnął przerywając swój występ.
-Nie jest najgorsza – spojrzałam w jego stronę. Nie zmienił swojej pozycji, ręce nadal miał założone za głowę, natomiast oczy utkwione w dachu samochodu, jakby to był jeden z najciekawszych punktów tego miejsca. – Ładnie śpiewasz – pochwaliłam go z nadzieją na jakąkolwiek zmianę. Nie myliłam się. Kąciki jego ust od razu powędrowały ku górze w oznace radości.
- Dziękuję – szepnął i przekręcił twarz w  moją stronę. Jego czekoladowe tęczówki zatrzymały się na chwilę na mojej twarzy. Radość jaka z nich emanowała była przytłaczająca. Chociaż Zayn starał się zachować spokój i opanowanie, nie ukazywać co go cieszy i martwi to jego oczy go zdradzały. Zawsze. Pokazywały co tak naprawdę czuje, ukazywały jego niesforną duszę, były zwierciadłem, w którym można było odczytać każdy szczegół, nawet ten najdrobniejszy.
Przymknęłam delikatnie powieki, nie mogłam znieść tego uczucia, kiedy on bez żadnych oporów, nic nie mówiąc przyglądał mi się jakbym była czymś do zjedzenia? Nie, to głupie porównanie. Jakbym znaczyła dla niego więcej niż przeciętny przechodzień, którego mija każdego rana idąc do szkoły. Więcej niż przyjaciele i zwykli kumple, koleżanki z klasy. Jakbym nie była zwykłą Ann Lee-Palmer a raczej kimś wartościowym, za kogo oddałby życie, skoczył w ogień.
Wiem, że może przesadzałam, może odbierałam źle te czy inne oznaki. Przecież się nie znaliśmy zbyt dobrze. W ciągu tygodnia nie można na tyle poznać drugiego człowieka, żeby stwierdzać, że wie się o nim wszystko. W sumie, to ja nic o Zaynie nie wiedziałam. Pomijając kilka nieistotnych faktów, które wyszły z niego podczas jednej, czy drugiej rozmowy. Kiedy opowiadał to i owo ze swojego życia, uchylając rąbka tej tajemnicy, jaką był on sam.
-Chyba musimy się zbierać – szepnął kolejny już raz tego wieczora. Tak właściwie to dlaczego mówił szeptem? Przecież byliśmy tutaj tylko my dwoje i nikt więcej.
Na dźwięk jego słów, niespiesznie otworzyłam oczy. Widok przede mną zmienił się diametralnie. Chłopak nie leżał już na rozłożonym fotelu, a wyprostowany szukał kluczyków, którymi za chwilę miał odpalić samochód. Westchnęłam cicho i składając samochodowe siedzenie, powróciłam do pozycji siedzącej. Kubki po kawie postawiłam na podłodze i czekałam cierpliwie aż mój towarzysz wprowadzi w ruch czterokołową maszynę. Cisza i napięcie jakie panowało w samochodzie zostało przerwane cichym pomrukiem, ogromnego samochodu terenowego. Zayn opierając swój łokieć na moim siedzeniu i obserwując widok za tylnią szybą niespiesznie wycofał pojazd na polną drogę, którą kilka godzin temu przyjechaliśmy do tego zjawiskowego miejsca.
Chociaż ten wieczór spędziliśmy poza miastem i wydawać by się mogło, że podróż zajmie nam sporo czasu to wcale tak nie było. Dojazd do ulicy Świętego Patryka w Bradford trwała niespełna kilkanaście minut. Minut, które oboje przemilczeliśmy kolejny raz rozkoszując się spokojem i muzyką, która niczym lek na każdą chorobę sączyła się z głośników dając pewnego rodzaju szczęście i opanowanie. Otaczając ciało i zmysły człowieka, w szczególności słuch, przenosiła do innej krainy. Do miejsca gdzie słowa i gesty nie były potrzebna, wystarczała tylko melodia, nie potrzeba było nam zbędnych dialogów, wymiany zdań na temat pogody.
-No i jesteśmy – powiedział Zayn parkując samochód pod niewielkim domkiem jednorodzinnym, który wyglądał jakby spał. Pogrążony w  ciemności nie dawał żadnych oznak życia. – Chyba nikogo nie ma. – uśmiechnął się delikatnie w moją stronę.
-Ciocia i wujek pojechali do Londynu a Margo i Kevin pewnie są na jakiejś imprezie – wzruszyłam ramionami i spuszczając wzrok zaczęłam odpinać pas zabezpieczający.
Sama nie wiem dlaczego tak szybko chciałam uciec, przecież spędziliśmy razem miły wieczór. Powinno mi zależeć na tym, żeby przedłużyć go jeszcze o kilka chwil, ułamków sekund, spojrzeń, słów czy uśmiechów, które sprawiały, że moje serce tańczyło jak szalone, krzyczało z radości.
-Dzięki za miłe popołudnie – powiedziałam, kiedy moje ciało zostało już uwolnione od uścisku pasa. Lewą rękę położyłam na metalowej klamce i przymykając oczy pociągnęłam za nią delikatnie.
-Ann… - chłopak złapał mnie za nadgarstek, zmuszając żebym odwróciła się w jego stronę – poczekaj chwilę – szepnął ciszej kiedy moje oczy zostały zwrócone w jego kierunku. Serce przyspieszyło tempa, a ja czułam jak ręce zaczynają mi się pocić z nerwów. Nie byłam jeszcze przygotowana na jakiekolwiek wyznania, uściski czy pocałunki. Nie chciałam psuć tej więzi, która narodziła się między nami. Nie chciałam jej posuwać do przodu bez pewności, że może to być coś więcej niż przyjaźń. Potrzebowałam czasu, żeby zdobyć sto procent zapewnienia, że to jest ten człowiek u którego boku pragnę spędzić życie.
Wiem, że przesadzałam. Możliwe, że byłam staromodna gdyż każda dziewczyna w tym momencie marzyłaby, o tak poetycko zwanym „prze lizaniu” Malika. Jednak dla mnie pocałunek nie był czymś ot takim, o czym za chwilę zapomnę. Dla mnie to była oznaka uczucia, które nas połączyło. Pewnego uczucia, a nie tylko sterty przypuszczeń.
-To ja Ci dziękuję – jego twarz przybliżyła się powoli do mojej. Czułam jego oddech, zapach orzechowego latte i lukru, którym były polane ciastka. Czułam, że jest coraz bliżej i jeżeli go nie powstrzymam to cała moja definicja pierwszego pocałunku legnie w gruzach.
-Nie ma za co – przysunęłam się bliżej i zwinnie wymijając jego usta, własnymi, delikatnie musnęłam ciepły policzek chłopaka. – Do zobaczenia w szkole – odsunęłam się od niego. Nie miałam ochoty spoglądać mu w oczy. Bałam się, że mogę zobaczyć smutek, iskierki zawodu. Wiem, że Zayn mógł liczyć na coś więcej niż zwykły pocałunek w policzek, jednak dla mnie było jeszcze za wcześniej. Przesadzam? Cóż, nic na to nie poradzę, mam swoje zasady, których przestrzeganie sprawia mi pewnego rodzaju przyjemność.
-Dobranoc – szepnął kiedy otwierałam drzwi.
-Dobranoc Malik – powtórzyłam i wysiadając z pojazdu szybko podbiegłam do metalowej furtki. Pchnęłam ją delikatnie i nie odwracając się w stronę ulicy, spacerkiem przeszłam wzdłuż ogromnego trawnika i podjazdu samochodowego.
Kiedy męczyłam się z otworzeniem drzwi, tuż za mną rozległ się cichy odgłos odpalanego silnika. Odwróciłam się w jego kierunku, jednak pojazdu już nie było. Zniknął, odjechał wraz ze swoim kierowcą, który wniósł szczęście do mojego życia.
 -Gdybyś tylko wiedział, ile to dla mnie znaczyło – szepnęłam sama do siebie i delikatnie popychając drzwi weszłam do mieszkania, które pogrążone w ciemności odpoczywało od życia, od ludzi i ich problemów. Wydawało się takie lekkie, spokojne i inne.
Nie zapalając żadnych świateł, od razu udałam się na górę. Nie miałam siły ani ochoty żeby przygotowywać sobie jakąś kolację czy odsłuchiwać wiadomości na automatycznej sekretarce, chociaż ciocia i wujek zawsze kazali nam sprawdzać, czy są jakieś nowe wiadomości głosowe.
‘Kevin się tym zajmie’, pomyślałam rzucając czarną torbę na krzesło i wygodnie rozkładając na skórzanej kanapie. Pragnęłam odpłynąć, zapomnieć o sprawach przyziemnych i kolejny  raz poczuć się jak w samochodzie, w towarzystwie Zayna, jak w tych momentach kiedy problemy były tak odległe, nieważnie.
Przymknęłam zmęczone powieki. W uszach kolejny raz rozbrzmiewał jego głos, nucący cicho piosenki z play listy, a przed oczami widniał portret. Portret zniewalająco przystojnego bruneta o czekoladowych oczach i ciemnej karnacji. Chłopaka z krzaczastymi brwiami i kolczykiem w uchu, który niczym nieskrępowany kolejny raz okalała moje ciało swoim spojrzeniem.
-Dziękuję – szepnęłam cicho a po moich policzkach spłynęły pojedyncze łzy, łzy szczęścia. Chociaż nie słyszał tego słowa to było ono przepełnione uczuciem, prawdziwą wdzięcznością, której nic nie zniszczy. Dlaczego? Cóż to właśnie niemu zawdzięczałam każdy ten uśmiech, który pojawiał się na mojej twarzy. To on sprawiał, że nie płakałam z tęsknoty. Odrywał mnie od przeszłości, pomagał tworzyć nową, lepszą przyszłość. Był światełkiem w tunelu. Pomocą, której nawet nie spodziewałam się w Bradford. Lecąc tutaj myślałam, że zostanę sama, że zamknę się na świat i na ludzi, że nie będzie mnie obchodzić nic ani nikt. Jedynym na czym się skupię to rozpamiętywanie przeszłości. Jednak on na to nie pozwolił. Zapewne nieświadom swoich poczynań i zasług, nawet nie wyobraża sobie przed czym mnie uratował. Pokazał, że chociaż straciłam tak wiele to nie powinnam się poddawać, ponieważ mogę stracić jeszcze więcej.
Kolejne łzy spłynęły po moich zarumienionych policzkach. Kolejne tego dnia, kolejne w tym tygodniu, jednak inne niż te wszystkie dotycz as wypłakane. To były łzy przepełnione szczęściem, szczęściem i wdzięcznością dla człowieka, który chociaż praktycznie obcy stał mi się tak bliski, tak ważny.


Po niewielkim, czerwonym pokoju rozszedł się dźwięk budzika, piekielnej maszyny, która wyrwała mnie z krainy snu zadowolona zapewne z siebie, że w tak błahy i banalny sposób może niszczyć marzenia innych. Czy coś mi się śniło? Nie, chyba nie. Jednak, nawet jeżeli żadne obrazy nie pojawiały się pod moimi powiekami, to sen i tak był najwspanialszą formą odpoczynku, która po tak wielu przeżyciach pozwalała się zrelaksować, uspokoić i odprężyć.
Przecierając oczy podniosłam się z kanapy, na której spędziłam całą noc. Nie miałam siły na przechodzenie na materac czy przebieranie się w piżamę. Nie miałam nawet na to ochoty, ponieważ bluzka ciągle pachniała samochodem chłopaka, gorzką kawą i słodkościami jakie jedliśmy. Była dla mnie takim przyjemnym, uspokajającym elementem całej tej układanki, która dokądś miała mnie zawieść.
Złapałam niebieski szlafrok wiszący na oparciu od krzesła i niczym duch, najciszej jak potrafiłam powędrowałam do łazienki. Tak, na kąpiel wczoraj też nie miałam siły.
‘Rozleniwiłaś się Ann, oj rozleniwiłaś’, pomyślałam zamykając za sobą drzwi łazienki. Szybki, zimny prysznic postawił mnie na nogi, sprawiając, że na chwilę nawet zapomniałam o wszystkim co wydarzyło się wczorajszego wieczora. W sumie, to nic takiego się nie wydarzyło. Porozmawialiśmy, pomilczeliśmy, posłuchaliśmy muzyki i… Były to jedne z najlepiej spędzonych godzin w ostatnim czasie. Lepsze niż wypad na kręgle czy rozmowy na Skypie z przyjaciółmi, za którymi tęskniłam niczym sucha studnia za wodą. Dobra, głupie porównanie.
Ubrana w niebieski szlafrok, z mokrymi włosami i bez ochoty na ich suszenie zeszłam na dół. Spokój jaki panował w mieszkaniu był nie do wytrzymania. Weszłam do kuchni, wyciągnęłam mleko z lodówki i nalałam go do miski z czekoladowymi płatkami. Najmniej dietetyczny posiłek na mojej liście, najmniej odpowiedni a dający tyle szczęścia. Przywołujący uśmiech na twarzy i obraz z czasów dziecięcych, kiedy zajadając się nimi oglądałam bajki od Disney’ a.
Z niebieską miską w jednej dłoni i łyżką w drugiej usadowiłam się na niewielkiej kanapie w salonie. W sumie, to mogłam zająć miejsce przy stole w kuchni, gdyż pomieszczenia te były połączone łukiem i bezproblemowo mogłam oglądać telewizję spożywając śniadanie jak na człowieka przystało, jednak ja zawsze wolałam być inna. Opierając miskę o kolano, żeby jej zawartość nie wylądowała na moim uroczym szlafroku, zaczęłam zmieniać kanały w nadajniku.
Pierwsza stacja, poranny dziennik, informacje z kraju i ze świata, nic ciekawego, nuda, co mnie to obchodzi? Dalej. Program drugi, kanał kulinarny.
-Dzisiaj przygotujemy roladki wołowe…- przygruby kucharz zaczął swój wywód na temat dobrze umytego mięsa, paranoja. Dalej.
Stacja trzecia, porannym program śniadaniowy nadawany z lokalnej bradforskiej telewizji, idealny na nudny poranek. Trochę informacji o wydarzeniach z ostatniego czasu, zarówno w świecie show biznesu czy też z krainy polityki. Odrobina humoru i młodzi prowadzący. Tak, to jest to.
Uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem, zadowolona z własnego wyboru. Własnego osiągnięcia. Odkładając pilot na kanapie, zaczęłam pałaszować moje śniadanie i wsłuchiwać się w słowa młodej kobiety.
-Wracamy po przerwie, ze zdwojona dawką informacji dla państwa i niespodzianką, na którą zapewne czeka każda nastolatka, która w tym momencie przeklina nas w myślach za to, że przedłużamy! – rozbawiona ze swojego pseudo poczucia humoru kobieta, zarzuciła czarne włosy za ramię i spojrzała na kolegę, który razem z nią prowadził program. – To co, Mark? Nie trzymamy ich dalej w tym napięciu, prawda?
-To ty przedłużasz, Kate – mężczyzna poruszył zabawnie brwiami a brunetka sprzedała mu delikatną sójkę w bok.
-Ja tylko buduję napięcie! – skarciła towarzysza – Ale dobrze, nie przedłużajmy! Oto co mamy dzisiaj dla niejednej nastolatki! Zespół, który pokochał każdy. Zespół, który podbił świat i zawładnął sercami niejednej dziewczyny na tej planecie! Kobiety nawet zaczęły wnosić pozwy o rozwód, kiedy poznały tą zniewalającą piątkę… - co za paranoja, uśmiechnęłam się pod nosem -… Przed państwem, właśnie w naszym programie, na naszej kanapie, One Direction! -  krzyknęła kobieta a cichy pisk, przepełniony niechęcią wydobył się z moich ust. Dłonią zaczęłam szukać czarnego pilota, który zajmował zaszczytne miejsce obok mnie, kiedy moją uwagę przykuł widok znajomej twarzy. Chłopak o zielonych oczach, uśmiechnięty od ucha do ucha, otoczony burzą brązowych loków wbiegł do pomieszczenia i machając ręką i usiadł na kanapie. Moje serce przyspieszyło swoje tempo, kiedy zaraz obok niego usiadł drugi członek zespołu. Miał na sobie bluzkę w paski i czerwone rybaczki, jego niebieskie oczy cieszyły się jak w dniu kiedy się poznaliśmy, także zadowolony z siebie i swojego wejścia, nawet nie zwrócił uwagi, kiedy obok niego usiadł blondyn.
-Co jest? – szepnęłam zaskoczona widokiem chłopców. Zaskoczona widokiem Harry’ ego, Louisa i Nialla. To niemożliwe, niemożliwe żeby ta trójka należała do tego całego One Direction, które liczyło ponoć pięciu członków a skoro brakowało jeszcze dwóch to... – Niemożliwe – pisnęłam niczym skarcony psiak, dziecko, któremu odebrano zabawkę. Jak mogłam się tak pomylić co do tego człowieka, do tych ludzi. Miska z płatkami wylądowała na drewnianej podłodze, a ja wyprana z jakichkolwiek uczuć, z burzą myśli w głowie nie dopuszczałam do siebie tej informacji – Niemożliwe – powtórzyłam z nadzieją, że cały ten program, poranek okaże się za chwilę snem. Za kilka minut się obudzę i zadzwonię do bruneta i śmiejąc się, opowiem jakie głupoty mi się śniły.
Minuty mijały. Na ekranie pojawiła się pozostała dwójka, a ja z rozszalałym od nerwów sercem odsuwałam od siebie bolesną prawdę. Fakt, że życie kolejny raz zagrało na moich uczuciach.
___________________________________________

Majowy weekend dobiega końca. Sobotnie popołudnie a ja się waham czy dodawać wam te moje wypociny, czy skasować całą treść z pamięci komputera i pisać jeszcze raz. Prawdę powiedziawszy miałam masę wątpliwości co do tego rozdziału. Bałam się, że za dużo napisałam, że za szybko chociaż to moje przedłużanie ostatnio zaczyna mnie denerwować, jednak nie pytajcie dlaczego bo sama nie wiem.
Jedyną osobą, która przekonała mnie, że jednak jakiś sens jest w tym rozdziale, fragmencie posklejanych słów była Gabrielle i to jej powinniście dziękować – jeżeli się wam podoba – ponieważ gdyby nie ona to zapewne kolejnych kilka dni czekalibyście na siedemnastkę.
Moje zdanie na jej temat… Wydaje mi się taka dziwna, jakaś inna, sama nie wiem dlaczego. Osobiście uwielbiam początek, jednak koniec, totalna klapa dla mnie. Nie wiem, może poszłam po najniższej linii oporu i zaczynając fragmentem na wysokim poziomi stoczyłam się na dno. Możliwe, jednak już tego nie poprawię. Przez kilka godzin dumałam jak mogę to naprawić i nic nie przychodziło mi do głowy. Totalna pustka. Postanowiłam, że zostawię tak jak jest a następny rozdział napiszę w stu procentach idealnie. Mam nadzieję, że tym was nie zniechęciłam.
Ach, jeszcze chciałabym powiedzieć to i owo na temat komentarzy i waszej obecności tutaj. Najpierw pragnę podziękować za każde miło słowo, za każdą oznakę, że jesteście, czytacie. Jedna z was napisała mi w komentarzu, że zdarzają się błędy ortograficzne, jakieś pomyłki, przepraszam najmocniej po prostu nie jestem humanistką, mam umysł ścisły i to, że piszę to i tak wielki cud.
Dlatego jeżeli traficie na jakiś błąd to nie przejmujcie się, poprawcie mnie w myślach czy rozstrzelajcie. Ach no i dziękuję, że zwróciłaś mi uwagę.
Dziękuję także za coś jeszcze. Podczas długiego weekendu liczba odwiedzin przekroczyła 10000, nawet nie wiecie jak nisko mi szczęka opadała. Dziękuję też za tak liczne grono obserwatorów, których jest aż 36 i te wszystkie przychylne mojej pseudo twórczości słowa. Kocham was i nawet nie wiecie jak cieszę się z waszej obecności.
Dziękuję ♥

wtorek, 1 maja 2012

Szesnaście.


Czasami nawet najdrobniejszy gest, najmniejszy szczegół czy też jeden z tych przelotnych, niezauważalnych, delikatnych i szczerych uśmiechów, potrafiły zmienić życie człowieka. Nadać mu barw i wyrazistości. Sprawić, że wstając ranno mamy ochotę góry przenosić i wydaje się nam, że cały bezsens i cienie tego świata, pochwały się gdzieś w kątach, może pod łóżkiem i nie mają odwagi, stanąć do walki ze szczęściem.
Właśnie tego mi brakowało. Radości, uśmiechu i zrozumienia ze strony osób, które udając współczucie, starały się do mnie zbliżyć, ciągłym powtarzaniem, że mogę na nich polegać, że zawsze będą, gdy będę, czegoś potrzebować. Jednak ja nie chciałam dobroci na siłę. Nie chciałam litości i tych wszystkich spojrzeń zatytułowanych „Tak bardzo mi przykro!”. Wiem, że sumienie ludzkie działa na zasadzie „Gdy ktoś cierpi, ty nie bądź obojętny”, jednak ja w tą zabawę, bawić się nie chciałam.
Od ferelnego wypadku, jedynym o czym myślałam, za czym tęskniłam, była normalność. Chciałam żyć tak, jak kiedyś. Śmiać się i wygłupiać, bez zwracania uwagi na to, jakie będą tego konsekwencje. Jednak dawniej, oprócz tej wolności, czułam też pewnego rodzaju bezpieczeństwo. Wiedziałam, że jak wieczorem wrócę do domu, od progu dosięgnie mnie woń cynamonu, kwiecistego płynu do prania i średniej ceny perfum taty, który znudzony płytkością, komercją i korupcją dwudziestego pierwszego wieku, siedząc przy pianinie i popijając whisky, stara się naprawić czas muzyką, która potrafiła zawładnąć serca nawet największych przestępców. Tylko ona wiedziała jak łączyć pokolenia i to dzięki jej magii razem z tatą, poznawałam świat gam, krzyżyków pauz i bemoli.
Dzisiaj już tego nie ma. Odeszło, zniknęło.  Cała ta  beztroska i bezpieczeństwo odeszły. Zniknęły razem z dwójką ludzi, którzy dali mi życie. Ludzi, którzy za swój priorytet stawiali moje szczęście, spełniali marzenia i robili wszystko, żebym nie czuła się niedoceniona czy zapomniana.
Jednak teraz, nie ma już ich przy mnie. Dzisiaj sama muszę zająć się swoim szczęściem ponieważ nikt inny już go nie zbuduje. Od teraz tylko jaj jestem budowniczym mojego losu, a ludzie, którzy mnie otaczają, są blisko to tylko jednostki, które chociaż w najmniejszy sposób zaklejają tą dziurę w moim sercu, ponieważ tego już sama nie naprawię.
Zaczęłam nowe życie w Bradford z wujaszkiem Adamem i ciocią Olivią, z Margo, Kevinem czy Louisem oraz z nim – Zaynem Malikiem, człowiekiem, który jako jeden z pierwszych na tym świecie, po tym całym wypadku, wprowadził słońce do mojego życia. Często zastanawiałam się co było tego przyczyną. Dlaczego on? Dlaczego to praktycznie nieznany mi osobnik, który nawet nie wie skąd jestem i co mnie tu przywiodło, tak pozytywnie zmienił moje życie. Może to wszystko, właśnie dzięki tej jego niewiedzy? Może to ten brak informacji o moich rodzicach, o mnie i mojej przeszłości, sprawiły, że brązowooki Malik traktował mnie inaczej niż cała ta zgraja współczujących małp, drewnianych marionetek, którymi manipulowało sumienie, współczucie. Wiem, że jeżeli zależy mi na jego zaufaniu, przyjaźni to kiedyś, bez względu na ból i na konsekwencje będę musiała mu wszystko opowiedzieć.
Jednak to kiedyś, nie dzisiaj, nie teraz. Możliwe, że jutro. Pewne, że za jakiś czas. Na pewno nie na lodowisku. Nie w miejscu gdzie ludzie się cieszą, uśmiechają i żyją pełnią życia zapominając o śmierci i zrządzeniu losu, które utrudniało ich codzienne, ciemne życie.
-Gotowa? – ciepły głos chłopaka wyrwał mnie z zamyślenia. Obserwując parę staruszków z wnuczką, którzy powoli poruszali się po tafli lodu, nawet nie zauważyłam kiedy brunet dokończył zakładanie swoich łyżew. Chociaż nie byłam jakąś wprawną łyżwiarką, a te magiczne buty miałam na nogach niespełna kilka razy, to z ich założeniem i zabezpieczeniem poradziłam sobie dużo szybciej i lepiej niż Zayn.
-Chyba tak – wspierając się o zimną ławkę, stanęłam na gumowej wykładzinie, która pokrywając całą powierzchnię dookoła lodowiska miała ułatwić przemieszczanie się w niewygodnym obuwiu.
Spojrzałam na chłopaka, który niespiesznie wyprostował się i uważnym wzrokiem zmierzył najpierw swoje łyżwy poczym leniwie przeniósł czekoladę swoich tęczówek na mnie. Uśmiechnął się delikatnie przygryzając dolną wargę. Podejrzany gest, po wielu obserwacjach mogę odnotować jako odruch nerwowy. Gest czy raczej zachowanie, którym starał się zamaskować zdenerwowanie.
‘Obiecuję Ci, kochany notesiku… Ja nigdy nie zniszczę życia moim dzieciom, pokażę im, że ważniejsze jest dla mnie ich szczęście niż opinia sąsiadów.’ w mojej głowie pojawił się zapisek z notesika mamy, dwa zdania, które tak mnie zaabsorbowały i nakłoniły do kilku przemyśleń. Ciekawe co mama powiedziałaby gdybym przedstawiła jej Malika, jako mojego przyjaciela? Chłopaka? Ciekawe jaka byłaby jej reakcja? Co by powiedziała? Czy zaakceptowałaby tego człowieka? Jego religię i poglądy na świat. Obiecała to brązowemu pamiętniczkowi, kilkunastu kartkom papieru i czarnemu tuszowi, jednak czy po tylu latach, pamiętałaby o tym co pisała?
-Ziemia do Ann! – kolejny raz rozbawiony głos bruneta przyciągnął mnie do świata żywych, postawił na nogi i odgonił to całe zamyślenie. Z rozbawieniem pokręciłam głową powoli przenosząc wzrok na taflę lodu – Czy mi się wydaje, czy ty mnie już nie słuchasz? A może zaczynasz mieć dość mojego towarzystwa?
-Oj nie wygłupiaj się. Zamyśliłam się na chwilę, to wszystko. – wywróciłam z rozbawieniem oczami i zwinnie wyminęłam chłopaka podchodząc do barierki. Na lodzie oprócz pary staruszków i małej dziewczynki pojawiło się kilka innych jednostek, które na dobry początek weekendu, postanowiły rozgrzać się na łyżwach. – No idziesz? – odwróciłam się w jego stronę. Zayn nawet nie ruszył się z miejsca, dopiero po chwili uśmiechając się lekko podszedł do mnie i złapał za rękę delikatnie pociągając w stronę niewielkiej bramki.
Wciągnęłam głęboko powietrze. Moja mała, blada dłoń utonęła w ciemnej, ogromnej dłoni chłopaka. Przymknęłam lekko powieki. Sama nie wiedziałam czy dobrze robię, czy on dobrze robi. Chociaż z Tomem czy Little D zdarzało mi się chodzić trzymając za ręce to byli oni dla mnie jak rodzina, traktowali mnie jak siostrę. Natomiast Malik, może błędnie odbierałam jego sygnały czy też gesty, ale czasami patrząc na mnie zachowywał się, jakby liczył na coś więcej niż zwykłą przyjaźń.
Nie puszczając dłoni chłopaka, powoli postawiłam obie nogi na lodzie. Kolejny głęboki oddech i powoli do przodu.
-Poradzę sobie sama – powiedziałam patrząc na chłopaka, który jadąc po mojej prawej stronie najwyraźniej nie palił się do puszczenia mojej dłoni.
-Jednak ja chcę Ci pomóc –uśmiechnął się szeroko i zwracając twarzą w moją stronę zaczął jechać tyłem. Jego czekoladowe tęczówki kolejny już raz, tego dnia przebijały moje ciało na wylot. Czułam jakby ten człowiek czytał w moich myślach. Jakby wiedział co czuję czy też ,jak mój organizm reaguje na każdy jego gest, który wykracza poza granice przyjaźni.
Wariactwo, totalne wariactwo. Co się ze mną stało? Jak to możliwe, że w ciągu kilku dni tak uzależniłam się od obcej mi osoby. Zauroczyłam się w człowieku, którego praktycznienie znałam. Tak, zauroczyłam, ponieważ zakochaniem nie można było tego nazwać. Miłość to nie jest coś co przychodzi od tak, jak grom z jasnego nieba, to na nas nie spada. Miłość, rodzi się w człowieku z czasem. Najpierw zostaje zasiane ziarnko, które pod wpływem dłuższej znajomości zaczyna powoli kiełkować, rozrastać się. Puszczać korzonki aż w pewnym dniu człowiek czuje, że jego życie nie ma sensu bez tej drugiej osoby. Wspomina każdą godzinę, minutę czy też sekundę spędzoną w jej towarzystwie. Rozbiera na czynniki pierwsze każdy ułamek chwili, który wspólnie przemilczeli, przepłakali czy też śmiali się do rozpuku. Miłość nie jest zabawą, czymś na chwilę. Jest to uczucie, które łączy dwoje ludzi nierozerwalną więzią. Na zawsze.
-Ale nie ma takiej potrzeby – szepnęłam i wbijając wzrok w taflę lodu wyplątałam moją dłoń z uścisku bruneta. Nie podnosząc na niego oczu niespiesznie ruszyłam przed siebie. Noga za nogą, rucha za ruchem. Płynnie, bez potknięć . Oczy utkwione w białym podłożu nawet na chwilę nie zerknęły na towarzysza, który najprawdopodobniej z niemałym zaskoczeniem, wymalowanym na twarzy zastygł na chwilę w miejscu. Głębokie oddechy pomogły mi ustabilizować pracę serca, które w ostatnim czasie, dość często było wystawiane na ciężką próbę.
-Co powiesz na kawę, po lodowisku? – usłyszałam kolejny raz głos chłopaka, bez nutki żalu czy smutku. Ten sam głos co zawsze, pozytywnie nastawiony, szczery przepełniony troską a nie wątpliwościami. Zależało mu? Możliwe, ponieważ mało który chłopaka starałby się tak jak on. Każdy dałby za wygraną, odpuścił stwierdzając, że skoro dziewczyna odrzuca jego zaloty to nie jest warta poświęcania czasu, jednak on był inny. Odmówiłam trzymaniu za rękę, zaproponował kawę, może i miał swoją taktykę a ja wodziłam go w pewien sposób za nos, jednak wizja spędzenia dłuższej ilości czasu w jego towarzystwie, sprawiała, że miałam ochotę tańczyć jak szalona. Zwariowałam.
-Jeżeli mówimy o orzechowym latte, to czemu nie? – spojrzałam na Zayna, który ze skrzyżowanymi na plecach dłońmi, równomiernie do mojego tępa, jak prawdziwy zawodowiec jechał obok mnie.
-Skoro takie są Pani wymagania – uśmiechnął się szeroko i przyspieszył żeby po chwili zajechać mi drogę i kolejny raz jechać tyłem, twarzą zwróconą w moją stronę.
Podejrzewam, że gdybym teraz napisała, że piątkowe popołudnie należało do tych najnudniejszych i najmniej atrakcyjnych w moim życiu skłamałabym w żywe oczy, albo raczej w martwą kartkę papieru. Od momentu kiedy przyjechałam do Bradford po dzień dzisiejszy nie bawiłam się tak dobrze. Nie czułam tak swobodnie i nie myślałam tak sentymentalnie. Nie wiem czy to właśnie pogoda, która na zmianę słońcem i deszczem raczyła urozmaicać nasze życie, czy może raczej towarzystwo sprawiły, że na chwilę zapomniałam o przeszłości.
-Dwie duże, orzechowe latte i coś na słodko – do dość pokaźnego, samochodu terenowego marki Nissan wsiadł Zayn trzymając w jednej dłoni tekturową tackę a na niej dwa, wypełnione ciepłym, gorzkim płynem kubki. Natomiast jego drugą dłoń zajmowała papierowa torba, która jak mniemam posiadała w sobie to ‘coś słodkiego’. Chłopak usadowił się wygodnie na siedzeniu kierowcy i przekręcając kluczyk w stacyjce odpalił samochód, który cichym pomrukiem zakomunikował, że jest gotowy do współpracy.
-Czy naprawdę nie mogliśmy wypić tej kawy w kawiarni? – kolejny raz zaatakowałam go pytaniem, na które od dłuższego czasu domagałam się odpowiedzi. Dość absurdalny wydał mi się pomysł chłopaka o wzięciu kawy na wynos. Nie wyobrażałam sobie siedzenia w parku, w środku zimy i popijania ciepłego płynu, jednak on się uparł. Stwierdził, że zna idealne miejsce, że będzie to dużo ciekawsze niż obskurna kawiarnia w centrum miasta.
-Już Ci to tłumaczyłem – uśmiechnął się szeroko włączając się w ruch na jezdni.
Zmarzniętymi dłońmi objęłam dwa tekturowe kubki, z nadzieją, że w ten sposób chociaż na chwilę podniosę ich temperaturę. Przyjemne ciepło rozeszło się po moich bladych palcach i zaczęło powoli wędrować ku górze.
-Może i tłumaczyłeś, ale zrozum, że w kawiarni byłoby dużo cieplej niż na dworze. – szepnęłam uważnie przyglądając się jezdni, która od wody i świateł samochodów, mieniła się tysiącami barw, błyszczała.
-Zaufaj mi –szepnął i delikatnie skręcił w jakąś polną, nieoświetloną drogę, która na zbyt zaufaną nie wyglądała.
-Jeżeli będziesz woził mnie po takich… Dziurach, to nie wiem jak będę mogła Ci zaufać – lekko zdenerwowana spojrzałam na chłopaka, który zajęty trasą uśmiechał się delikatnie sam do siebie. Nie robił sobie nic z tego, że jego pomysł mi się nie podoba, nie liczył się z moim zdaniem. Jedynym co teraz miał w głowie… Cholera ja nie wiem co on może mieć teraz w głowie! A jeżeli chce mnie gdzieś wywieźć, porzucić.
Gwałtownie kręcąc głową zaczęłam rozglądać się po okolicy. Dlaczego? Może chciałam zapamiętać trasę, którą jedziemy. Może chciałam jak najszybciej uciec. Sama nie wiem co się ze mną działo, jednak cała ta sytuacja mi się nie podobała.
Samochód po chwili się zatrzymał. Serce ponownie przyspieszyło tępa a oddech stał się trudniejszy, nierównomierny. Odwróciłam twarz w stronę chłopaka, który obracając się na fotelu o jakieś dziewięćdziesiąt stopni, w tym momencie siedział zwrócony przodem sylwetki w moją stronę.
-Ann co się dzieje? – zapytał widząc moje zaskoczenie, przestraszenie. Jednak co ja miałam mu odpowiedzieć? „A nic Malik. Chyba się ciebie boję i tego miejsca i… Nie ufam ci?”. Nie.
-Nic się nie dzieję – szepnęłam i otworzyłam jedną z kaw, które stały na moich kolanach. Niespiesznie wsypałam cukier i spojrzałam na chłopaka, który bez przerwy mi się przyglądał. Może jednak nie było tak źle? Potencjalny gwałciciel zapewne dobrałby się już do swojej ofiary natomiast zwykły przestępca wyrzuciłby z samochodu i zajął się odbieraniem życia. – Chcesz kawę? – zapytałam nieco głośniej. Mój oddech zaczynał powoli się uspokajać a czarne myśli odchodzić w zapomnienie.
-Za chwilę – szepnął i nachylił się w moją stronę. Nie wiedziałam co chce zrobić. Może jednak zaczął swoje polowanie? Może zbyt pochopnie odstąpiłam od wizji zabójcy? Jednak ten tylko delikatnie oparł swój łokieć na moim kolanie i uważając, żeby nie wylać kawy zaczął szukać czegoś w niewielkim schowku.
‘Ann, opanuj się! Jesteś totalną paranoiczką! Jak możesz posądzać go o… coś takiego’, oskarżałam się sama w myślach bo jak mogłam? Jak mogłam wziąć go za gwałciciela? Zboczeńca? Zabójcę? Kim ja jestem żeby osądzać człowieka, który chciał dobrze.
-Czego szukasz?
-Płyty z muzyką – powiedział prostując się i pokazując mi niewielki błyszczący krążek, który jeszcze chwilę temu znajdował się w plastikowym pudełku. – Co Pani sobie życzy? – zapytał podając mi złożoną na pół kartkę, na której znajdowała się rozpiska kilkudziesięciu piosenek. Szybko przeleciałam wzrokiem po tytułach i wykonawcach. Kilkanaście piosenek tego całego One Direction, trochę Maroon 5, Bruno Marsa, Coldplay i wielu innych wykonawców pop, których nie przypominałam sobie z imienia i nazwiska.
-Co powiesz na „She will be loved”? – zaproponowałam utwór, który jako jeden z niewielu na całej składance kojarzyłam zarówno po teledysku, wykonawcy czy też samym tekście.
-Czemu nie – Zayn wsadził płytę do napędu i przewinął na odpowiednią pozycję. Z głośników popłynęła najpierw cicha przygrywka a po chwili dołączył się przyjemny, męski głos, które razem tworzyły nieziemski akompaniament.
Spojrzałam na chłopaka, który pod nosem cicho nucił tekst piosenki. Też go znałam, nawet dobrze jednak nie miałam ochoty zawodzić, nie teraz. Kolejny raz rozejrzałam się dookoła i to co zobaczyłam sprawiło, że moje serce zatrzymało się na chwilę z zachwytu. Nie wiem jak wcześniej mogłam nie zwrócić na to uwagi. Jak to możliwe, że nie zauważyłam w jak pięknym miejscu jesteśmy.
-Gdzie my jesteśmy? – zapytałam oczarowana.
-Na wzniesieniu za Bradford – szepnął i zaczął słodzić swoją kawę.
Panorama, która rozciągała się przed nami była zniewalająca. Ciemność dookoła a w oddali tętniące życiem miasto. Światła uliczne, oświetlone mosty, kościoły czy instytucje. Mieniły się tysiącami barw, porażały swoim pięknem i urokiem. Oczarowywały i przyciągały wzrok a do tego, bezchmurne niczym nienaruszone niebo pokryte miliardami delikatnych, białych plam, ciał niebieskich, która górowały nad nami. Wydawały się tak bliskie, praktycznie na wyciągnięcie ręki i chociaż dzieliły nas z nimi miliony, może miliardy lat świetlnych, to swoim urokiem potrafiły nawet z tak ogromnej odległości oczarować człowieka. Sprawić, że wspomnienia oraz marzenia zaczynały biegać po naszych głowach jak szalone. Wywoływać uśmiech i grymas smutku na myśl o przeszłości. Białe punkciki układając się w różne kształty, archipelagi gwiazd, przedstawiały pewnego rodzaju obrazy albo raczej ich fragmenty, które dzięki naszej wyobraźni potrafiły przerodzić się w prawdziwe dzieła.
-Pięknie tu – szepnęłam i lewą ręką zaczęłam szukać dźwigni za pomocą, której mogłabym odchylić siedzenie do tyłu. Kiedy po omacku natrafiłam na podłużny kształt przycisnęłam go delikatnie i manipulując siłą własnego ciała odchyliłam do pozycji prawie leżącej przy okazji uśmiechając się niewinnie do Zayna, który z rozbawieniem obserwował moje poczynania, żeby po chwili zrobić to samo.
-Też mi się podoba – powiedział kiedy już oboje leżeliśmy na rozłożonych siedzeniach, rozkoszując się smakiem i zapachem kawy, panoramą miasta, ugwieżdżonym niebem oraz muzyką, która płynęła z głośników. – Uwielbiam to miejsce. To jest taka moja samotnia, odskocznia od codzienności, problemów i ludzi, którzy zawsze coś ode mnie chcą – wyszeptał powoli, cicho jakby z nadzieją, że połowy nie usłyszę.
-Wiesz, że teraz nie jest już to tylko twoja samotnia? Jak znikniesz będę wiedziała gdzie ciebie szukać – odpowiedziałam z rozbawieniem.
-I o to właśnie mi chodziło – szepnął a moje serce znowu zaczęło tańczyć jak szalone. Możliwe, że przesadzałam, możliwe, że zachowywałam się jak wariatka jednak każde słowo, każdy gest i uśmiech tego człowieka sprawiały, że czułam się w pewien sposób wyróżniona, ważniejsza, że po świecie chodził ktoś dla kogo byłam coś warta, ktoś kto nie uważał mnie za zwykłą nastolatkę a osobę dla niego ważną.  
_______________________________________


Witam was wszystkie! Tak oto kończymy rozdział, na który musiałyście trochę poczekać. Wiem, że obiecałam, że pojawi się on zaraz po egzaminach jednak nie miałam na tyle czasu. Trochę roboty się nazbierało jednak w każdym wolnym momencie starałam się spisać chociaż te najgłupsze pomysły na ten rozdział. Nawet zaraz po egzaminach wyciągnęłam notatnik i zaczęłam zapisywać te moje przemyślenia, które pojawiały się w mojej głowie i tak oto po ponad tygodniu stworzyłam dla was rozdział szesnasty.
Co o nim myślę? Sama nie wiem. W jego pisanie włożyłam jak najwięcej serca i uczucia, zastanawiałam się nad każdym słowem a kiedy już zaczęłam jakąś myśl nie mogłam się powstrzymać od wyrażenia tego co czuję. Mam wrażenie, że jest to pierwszy rozdział, który zajął mi tak wiele czasu i pierwszy, który zawiera tyle przemyśleń. Może przesadziłam z niektórymi fragmentami, jednak czułam, że są one potrzebne. Mam nadzieję, że spodoba się wam to co znajduje się tam u góry.
Dziękuję wszystkim, którzy czytają i komentują, wyrażają swoją opinię. Nawet nie wiecie jak miło czyta się te wszystkie pochlebne opinie, które dają mi takiego pozytywnego kopa na rozpęd, zachęcają do pisania ponieważ pokazują, że jest dla kogo pisać. Dziękuję wam wszystkim a w szczególności Gabrielle, która za każdym razem kiedy zaczynam w siebie wątpić pomaga mi się zmobilizować do działania. Dziękuję♥ 
PS Gab, masz rację to nie przypadek, że się poznałyśmy♥