Zaufanie, czyli bezgraniczna więź, która łączy dwoje ludzi.
Sprawia, że możemy mówić sobie o wszystkim, robić ze sobą najdziwniejsze i
najmniej przewidywalne rzeczy bez obaw, że ktoś pozna prawdę, że nasz słaby
punkt czy czarna strona naszego oblicza, której świat nie zna, mogą zostać
odkryte. Ujawnione. Przy osobie, nam bliskiej, zaufanej nie ma tego
skrępowania, braku poczucia własnej wartości. Jesteśmy tylko my dwoje,
szczęśliwi i pełni życia, pozytywnego nastawienia, które kumuluje się w naszych
organizmach za pomocą czasu, każdego razem spędzonego momentu. Podobno żyjemy w
podłym świecie, w czasach kiedy miłość to zwykły status na portalu dla mas czy
papierek w urzędzie, w latach kiedy słowo „Sorry” zastąpiło to magiczne
„Przepraszam” wypowiedziane z uczuciem i łezką w oku, ponieważ po co się
fatygować jak można napisać krótkiego SMS-a? Tak, mamy dwudziesty pierwszy wiek,
przełom. Ludzie nie są już tak uczuciowi i spontaniczni. Żyją jak roboty,
zapominając o tym, że mają serce i duszę, zapominając o uczuciach, które
jeszcze kilka lat temu dawały tyle energii, sprawiały, że mieliśmy siłę na tak
wiele. Wiedzieliśmy, że jest sens wstawać rano ponieważ za chwilę spotkamy
rodziców, przyjaciół czy też naszą drugą połówkę, bratnią duszę, miłość naszego
jakże nudnego życia, które dzięki niej nabiera barw.
Możliwe, że się na tym nie znam. Cóż jestem zwykłą szesnastolatką,
która straciła w wypadku rodziców, wyjechała z miasta, które kochała. Porzuciła
dom i przyjaciół żeby z przymusu, nie własnej woli, zacząć życie w innym
miejscu. Możliwe, że z powodu nudy czy rozpaczy, naczytałam się książek i
naoglądała pustych filmów i to z nich wydobywam
tę mądrość, gdyż sama jeszcze nie przeżyłam na tyle dni żeby móc snuć takie
domysły. Możliwe, że jestem bajkopisarką i mam bujną wyobraźnie, która mnie
kiedyś zwiedzie na manowce, pokaże, że nigdy nie było czegoś takiego jak
miłość, zaufanie i prawdziwe „Przepraszam”. Możliwe, że ludzie już w epoce
kamienia łupanego wysyłali sobie SMS-y w jakiś tam magiczny sposób. Wszystko
jest możliwe, a ja mogę tylko śnić, śnić o lepszym świecie i ludziach. O
przeszłości, która miała swoje wspaniałe momenty i przyszłości, która też może
być tak samo ciekawa. Wszystko jest możliwe w moim śnie zwanym życiem, z
którego nie chcę się otrząsnąć, jednak jeżeli kiedyś będę musiała, to za
chwilę, nie teraz. Nie w momencie kiedy bez żadnych zobowiązań leżę na
rozłożonym, samochodowym krześle obserwując gwiazdy i popijając kawę. Nie
teraz, gdy obok leży człowiek, który uratował mnie przed zatraceniem i
monotonią życia. Nie w chwili, kiedy z głośników sączy się cicha muzyka a my
rozkoszujemy się swoim towarzystwem.
-A tą znasz? – powiedział cicho Mailk, kiedy piosenka puszczana z
płyty zmieniła się już kolejny raz tego wieczora. Przymknęłam lekko powieki i
starałam się wsłuchać w słowa, w tekst, poznać wykonawcę i utwór.
-Bruno Mars? – zapytałam niepewnie, spoglądając na chłopaka, który
z delikatnym uśmiechem zajadał się lukrowanym ciastkiem.
-Wykonawcę mamy, a tytuł? –przekręcił głowę w moją stronę mierząc
mnie uważnym wzrokiem. Może lepiej byłoby zgasić to głupie światełko, które
paliło się nad nami? Wtedy przynajmniej nie widziałabym jak te jego czekoladowe
tęczówki rozgryzają mnie od środka, jakby to była najłatwiejsze i
najnormalniejsze zajęcie pod słońcem.
-Sama nie wiem – wywróciłam z rozbawieniem oczami i odstawiłam
kubek po kawie do tekturowego spodka.
-No, Ann nie powiesz mi chyba, że się poddajesz – zaczął się
droczyć ze mną, jakby nieznanie tej piosenki było czymś złym, potwornym i
karalnym w naszym świecie – Jeżeli nie zgadniesz, nie dostaniesz ciastka –
poruszył zabawnie brwiami.
O co mu chodziło? Chciał
coś udowodnić? Pokazać jak dobrze zna się na muzyce, czy pochwalić znajomością
play listy tatusia?
-Ej, zgadłam wykonawcę, więc połowa ciastka mi się należy! –
pisnęłam z nutką żalu w głosie. W sumie to nie miałam ochoty na ciastko, jednak
fakt, że miało być ono wygraną w jakiejś zabawie z Zaynem sprawiał, że
pożądałam go bardziej niż czegokolwiek w
tym momencie. Pożądałam wygranej i przewagi nad tym człowiekiem.
-Nie – pokręcił głową i zaczął bawić się lukrowanym przysmakiem
jakby to było coś wspaniałego, idealnego. Coś ponad otaczający nas system,
który on złamał a ja nie potrafię. – No dajesz, jakie znasz piosenki Marsa?
-„Lazy song” odpada bo to znam na pamięć – zrezygnowana ponownie
położyłam się na rozkładanym fotelu – To może… „It will rain”? – przeniosłam wzrok
na chłopaka z nadzieją, że mój traf był celny. Cóż, jego mina mówiła sama za
siebie.
-Dobra, wiedziałaś. Masz – z miną zbitego kundla podał mi ciastko
i także oparł się o fotel zakładając ręce za głowę. - Cause there'll be no
sunlightif I lose you, baby… - brunet zanucił fragment utworu.
Przymknęłam delikatnie oczy i wsłuchana w muzykę starałam się
rozkoszować tym momentem, chwilą zwycięstwa oraz czasem kiedy nic poza
samochodem nie było ważne. Miałam w nosie to czy ktoś się teraz o mnie martwi,
zastanawia co robię, gdzie jestem. W tym momencie nie interesowała mnie nawet
godzina. Liczył się tylko ten spokój, opanowanie. Chwile kiedy moje serce czuło
się takie lekki, spokojne. Nie martwiłam się o nic. Nie przejmowałam się
samotnością i brakiem zrozumienia. Tęsknota odeszła, możliwe, że tylko na
chwilę jednak teraz jej nie było. Została w Bradford, w małym czerwonym pokoju
razem ze stertą zdjęć i wspomnień, które choć tak wspaniałe potrafiły ranić.
-I'll never be your
mother's favorite, your daddy can't even look me in the eye… - Zayn najwyraźniej
wczuł się w rolę wokalisty co mu nawet pasowało. Chłopak posiadał przyjemny, ciepły
głos. Śpiewał czysto i z akcentem, oryginalnym akcentem, który zapewne
zawdzięczał muzułmańskim korzeniom. – Genialna jest ta piosenka – szepnął
przerywając swój występ.
-Nie jest najgorsza – spojrzałam w jego stronę. Nie zmienił swojej
pozycji, ręce nadal miał założone za głowę, natomiast oczy utkwione w dachu
samochodu, jakby to był jeden z najciekawszych punktów tego miejsca. – Ładnie
śpiewasz – pochwaliłam go z nadzieją na jakąkolwiek zmianę. Nie myliłam się.
Kąciki jego ust od razu powędrowały ku górze w oznace radości.
- Dziękuję – szepnął i przekręcił twarz w moją stronę. Jego czekoladowe tęczówki
zatrzymały się na chwilę na mojej twarzy. Radość jaka z nich emanowała była
przytłaczająca. Chociaż Zayn starał się zachować spokój i opanowanie, nie
ukazywać co go cieszy i martwi to jego oczy go zdradzały. Zawsze. Pokazywały co
tak naprawdę czuje, ukazywały jego niesforną duszę, były zwierciadłem, w którym
można było odczytać każdy szczegół, nawet ten najdrobniejszy.
Przymknęłam delikatnie powieki, nie mogłam znieść tego uczucia,
kiedy on bez żadnych oporów, nic nie mówiąc przyglądał mi się jakbym była czymś
do zjedzenia? Nie, to głupie porównanie. Jakbym znaczyła dla niego więcej niż
przeciętny przechodzień, którego mija każdego rana idąc do szkoły. Więcej niż
przyjaciele i zwykli kumple, koleżanki z klasy. Jakbym nie była zwykłą Ann
Lee-Palmer a raczej kimś wartościowym, za kogo oddałby życie, skoczył w ogień.
Wiem, że może przesadzałam, może odbierałam źle te czy inne
oznaki. Przecież się nie znaliśmy zbyt dobrze. W ciągu tygodnia nie można na
tyle poznać drugiego człowieka, żeby stwierdzać, że wie się o nim wszystko. W
sumie, to ja nic o Zaynie nie wiedziałam. Pomijając kilka nieistotnych faktów,
które wyszły z niego podczas jednej, czy drugiej rozmowy. Kiedy opowiadał to i
owo ze swojego życia, uchylając rąbka tej tajemnicy, jaką był on sam.
-Chyba musimy się zbierać – szepnął kolejny już raz tego wieczora.
Tak właściwie to dlaczego mówił szeptem? Przecież byliśmy tutaj tylko my dwoje
i nikt więcej.
Na dźwięk jego słów, niespiesznie otworzyłam oczy. Widok przede
mną zmienił się diametralnie. Chłopak nie leżał już na rozłożonym fotelu, a
wyprostowany szukał kluczyków, którymi za chwilę miał odpalić samochód.
Westchnęłam cicho i składając samochodowe siedzenie, powróciłam do pozycji
siedzącej. Kubki po kawie postawiłam na podłodze i czekałam cierpliwie aż mój
towarzysz wprowadzi w ruch czterokołową maszynę. Cisza i napięcie jakie
panowało w samochodzie zostało przerwane cichym pomrukiem, ogromnego samochodu
terenowego. Zayn opierając swój łokieć na moim siedzeniu i obserwując widok za
tylnią szybą niespiesznie wycofał pojazd na polną drogę, którą kilka godzin
temu przyjechaliśmy do tego zjawiskowego miejsca.
Chociaż ten wieczór spędziliśmy poza miastem i wydawać by się
mogło, że podróż zajmie nam sporo czasu to wcale tak nie było. Dojazd do ulicy
Świętego Patryka w Bradford trwała niespełna kilkanaście minut. Minut, które
oboje przemilczeliśmy kolejny raz rozkoszując się spokojem i muzyką, która
niczym lek na każdą chorobę sączyła się z głośników dając pewnego rodzaju
szczęście i opanowanie. Otaczając ciało i zmysły człowieka, w szczególności
słuch, przenosiła do innej krainy. Do miejsca gdzie słowa i gesty nie były
potrzebna, wystarczała tylko melodia, nie potrzeba było nam zbędnych dialogów,
wymiany zdań na temat pogody.
-No i jesteśmy – powiedział Zayn parkując samochód pod niewielkim
domkiem jednorodzinnym, który wyglądał jakby spał. Pogrążony w ciemności nie dawał żadnych oznak życia. –
Chyba nikogo nie ma. – uśmiechnął się delikatnie w moją stronę.
-Ciocia i wujek pojechali do Londynu a Margo i Kevin pewnie są na jakiejś
imprezie – wzruszyłam ramionami i spuszczając wzrok zaczęłam odpinać pas
zabezpieczający.
Sama nie wiem dlaczego tak szybko chciałam uciec, przecież
spędziliśmy razem miły wieczór. Powinno mi zależeć na tym, żeby przedłużyć go
jeszcze o kilka chwil, ułamków sekund, spojrzeń, słów czy uśmiechów, które
sprawiały, że moje serce tańczyło jak szalone, krzyczało z radości.
-Dzięki za miłe popołudnie – powiedziałam, kiedy moje ciało
zostało już uwolnione od uścisku pasa. Lewą rękę położyłam na metalowej klamce
i przymykając oczy pociągnęłam za nią delikatnie.
-Ann… - chłopak złapał mnie za nadgarstek, zmuszając żebym
odwróciła się w jego stronę – poczekaj chwilę – szepnął ciszej kiedy moje oczy
zostały zwrócone w jego kierunku. Serce przyspieszyło tempa, a ja czułam jak
ręce zaczynają mi się pocić z nerwów. Nie byłam jeszcze przygotowana na
jakiekolwiek wyznania, uściski czy pocałunki. Nie chciałam psuć tej więzi,
która narodziła się między nami. Nie chciałam jej posuwać do przodu bez
pewności, że może to być coś więcej niż przyjaźń. Potrzebowałam czasu, żeby
zdobyć sto procent zapewnienia, że to jest ten człowiek u którego boku pragnę
spędzić życie.
Wiem, że przesadzałam. Możliwe, że byłam staromodna gdyż każda
dziewczyna w tym momencie marzyłaby, o tak poetycko zwanym „prze lizaniu”
Malika. Jednak dla mnie pocałunek nie był czymś ot takim, o czym za chwilę
zapomnę. Dla mnie to była oznaka uczucia, które nas połączyło. Pewnego uczucia,
a nie tylko sterty przypuszczeń.
-To ja Ci dziękuję – jego twarz przybliżyła się powoli do mojej.
Czułam jego oddech, zapach orzechowego latte i lukru, którym były polane
ciastka. Czułam, że jest coraz bliżej i jeżeli go nie powstrzymam to cała moja
definicja pierwszego pocałunku legnie w gruzach.
-Nie ma za co – przysunęłam się bliżej i zwinnie wymijając jego
usta, własnymi, delikatnie musnęłam ciepły policzek chłopaka. – Do zobaczenia w
szkole – odsunęłam się od niego. Nie miałam ochoty spoglądać mu w oczy. Bałam
się, że mogę zobaczyć smutek, iskierki zawodu. Wiem, że Zayn mógł liczyć na coś
więcej niż zwykły pocałunek w policzek, jednak dla mnie było jeszcze za
wcześniej. Przesadzam? Cóż, nic na to nie poradzę, mam swoje zasady, których
przestrzeganie sprawia mi pewnego rodzaju przyjemność.
-Dobranoc – szepnął kiedy otwierałam drzwi.
-Dobranoc Malik – powtórzyłam i wysiadając z pojazdu szybko
podbiegłam do metalowej furtki. Pchnęłam ją delikatnie i nie odwracając się w
stronę ulicy, spacerkiem przeszłam wzdłuż ogromnego trawnika i podjazdu
samochodowego.
Kiedy męczyłam się z otworzeniem drzwi, tuż za mną rozległ się
cichy odgłos odpalanego silnika. Odwróciłam się w jego kierunku, jednak pojazdu
już nie było. Zniknął, odjechał wraz ze swoim kierowcą, który wniósł szczęście
do mojego życia.
-Gdybyś tylko wiedział, ile
to dla mnie znaczyło – szepnęłam sama do siebie i delikatnie popychając drzwi
weszłam do mieszkania, które pogrążone w ciemności odpoczywało od życia, od
ludzi i ich problemów. Wydawało się takie lekkie, spokojne i inne.
Nie zapalając żadnych świateł, od razu udałam się na górę. Nie
miałam siły ani ochoty żeby przygotowywać sobie jakąś kolację czy odsłuchiwać
wiadomości na automatycznej sekretarce, chociaż ciocia i wujek zawsze kazali
nam sprawdzać, czy są jakieś nowe wiadomości głosowe.
‘Kevin się tym zajmie’, pomyślałam rzucając czarną torbę na
krzesło i wygodnie rozkładając na skórzanej kanapie. Pragnęłam odpłynąć,
zapomnieć o sprawach przyziemnych i kolejny
raz poczuć się jak w samochodzie, w towarzystwie Zayna, jak w tych
momentach kiedy problemy były tak odległe, nieważnie.
Przymknęłam zmęczone powieki. W uszach kolejny raz rozbrzmiewał
jego głos, nucący cicho piosenki z play listy, a przed oczami widniał portret.
Portret zniewalająco przystojnego bruneta o czekoladowych oczach i ciemnej
karnacji. Chłopaka z krzaczastymi brwiami i kolczykiem w uchu, który niczym
nieskrępowany kolejny raz okalała moje ciało swoim spojrzeniem.
-Dziękuję – szepnęłam cicho a po moich policzkach spłynęły pojedyncze
łzy, łzy szczęścia. Chociaż nie słyszał tego słowa to było ono przepełnione
uczuciem, prawdziwą wdzięcznością, której nic nie zniszczy. Dlaczego? Cóż to
właśnie niemu zawdzięczałam każdy ten uśmiech, który pojawiał się na mojej
twarzy. To on sprawiał, że nie płakałam z tęsknoty. Odrywał mnie od
przeszłości, pomagał tworzyć nową, lepszą przyszłość. Był światełkiem w tunelu.
Pomocą, której nawet nie spodziewałam się w Bradford. Lecąc tutaj myślałam, że
zostanę sama, że zamknę się na świat i na ludzi, że nie będzie mnie obchodzić
nic ani nikt. Jedynym na czym się skupię to rozpamiętywanie przeszłości. Jednak
on na to nie pozwolił. Zapewne nieświadom swoich poczynań i zasług, nawet nie
wyobraża sobie przed czym mnie uratował. Pokazał, że chociaż straciłam tak
wiele to nie powinnam się poddawać, ponieważ mogę stracić jeszcze więcej.
Kolejne łzy spłynęły po moich zarumienionych policzkach. Kolejne
tego dnia, kolejne w tym tygodniu, jednak inne niż te wszystkie dotycz as wypłakane.
To były łzy przepełnione szczęściem, szczęściem i wdzięcznością dla człowieka,
który chociaż praktycznie obcy stał mi się tak bliski, tak ważny.
Po niewielkim, czerwonym pokoju rozszedł się dźwięk budzika,
piekielnej maszyny, która wyrwała mnie z krainy snu zadowolona zapewne z
siebie, że w tak błahy i banalny sposób może niszczyć marzenia innych. Czy coś
mi się śniło? Nie, chyba nie. Jednak, nawet jeżeli żadne obrazy nie pojawiały
się pod moimi powiekami, to sen i tak był najwspanialszą formą odpoczynku,
która po tak wielu przeżyciach pozwalała się zrelaksować, uspokoić i odprężyć.
Przecierając oczy podniosłam się z kanapy, na której spędziłam
całą noc. Nie miałam siły na przechodzenie na materac czy przebieranie się w
piżamę. Nie miałam nawet na to ochoty, ponieważ bluzka ciągle pachniała
samochodem chłopaka, gorzką kawą i słodkościami jakie jedliśmy. Była dla mnie
takim przyjemnym, uspokajającym elementem całej tej układanki, która dokądś
miała mnie zawieść.
Złapałam niebieski szlafrok wiszący na oparciu od krzesła i niczym
duch, najciszej jak potrafiłam powędrowałam do łazienki. Tak, na kąpiel wczoraj
też nie miałam siły.
‘Rozleniwiłaś się Ann, oj rozleniwiłaś’, pomyślałam zamykając za
sobą drzwi łazienki. Szybki, zimny prysznic postawił mnie na nogi, sprawiając,
że na chwilę nawet zapomniałam o wszystkim co wydarzyło się wczorajszego
wieczora. W sumie, to nic takiego się nie wydarzyło. Porozmawialiśmy,
pomilczeliśmy, posłuchaliśmy muzyki i… Były to jedne z najlepiej spędzonych
godzin w ostatnim czasie. Lepsze niż wypad na kręgle czy rozmowy na Skypie z
przyjaciółmi, za którymi tęskniłam niczym sucha studnia za wodą. Dobra, głupie
porównanie.
Ubrana w niebieski szlafrok, z mokrymi włosami i bez ochoty na ich
suszenie zeszłam na dół. Spokój jaki panował w mieszkaniu był nie do wytrzymania.
Weszłam do kuchni, wyciągnęłam mleko z lodówki i nalałam go do miski z
czekoladowymi płatkami. Najmniej dietetyczny posiłek na mojej liście, najmniej
odpowiedni a dający tyle szczęścia. Przywołujący uśmiech na twarzy i obraz z
czasów dziecięcych, kiedy zajadając się nimi oglądałam bajki od Disney’ a.
Z niebieską miską w jednej dłoni i łyżką w drugiej usadowiłam się
na niewielkiej kanapie w salonie. W sumie, to mogłam zająć miejsce przy stole w
kuchni, gdyż pomieszczenia te były połączone łukiem i bezproblemowo mogłam
oglądać telewizję spożywając śniadanie jak na człowieka przystało, jednak ja
zawsze wolałam być inna. Opierając miskę o kolano, żeby jej zawartość nie
wylądowała na moim uroczym szlafroku, zaczęłam zmieniać kanały w nadajniku.
Pierwsza stacja, poranny dziennik, informacje z kraju i ze świata,
nic ciekawego, nuda, co mnie to obchodzi? Dalej. Program drugi, kanał
kulinarny.
-Dzisiaj przygotujemy roladki wołowe…- przygruby kucharz zaczął
swój wywód na temat dobrze umytego mięsa, paranoja. Dalej.
Stacja trzecia, porannym program śniadaniowy nadawany z lokalnej
bradforskiej telewizji, idealny na nudny poranek. Trochę informacji o
wydarzeniach z ostatniego czasu, zarówno w świecie show biznesu czy też z
krainy polityki. Odrobina humoru i młodzi prowadzący. Tak, to jest to.
Uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem, zadowolona z własnego
wyboru. Własnego osiągnięcia. Odkładając pilot na kanapie, zaczęłam pałaszować
moje śniadanie i wsłuchiwać się w słowa młodej kobiety.
-Wracamy po
przerwie, ze zdwojona dawką informacji dla państwa i niespodzianką, na którą
zapewne czeka każda nastolatka, która w tym momencie przeklina nas w myślach za
to, że przedłużamy! – rozbawiona ze swojego pseudo poczucia humoru
kobieta, zarzuciła czarne włosy za ramię i spojrzała na kolegę, który razem z
nią prowadził program. – To co, Mark? Nie
trzymamy ich dalej w tym napięciu, prawda?
-To ty
przedłużasz, Kate – mężczyzna poruszył zabawnie brwiami a brunetka
sprzedała mu delikatną sójkę w bok.
-Ja tylko
buduję napięcie! – skarciła towarzysza – Ale dobrze, nie przedłużajmy! Oto co mamy dzisiaj dla niejednej
nastolatki! Zespół, który pokochał każdy. Zespół, który podbił świat i zawładnął
sercami niejednej dziewczyny na tej planecie! Kobiety nawet zaczęły wnosić
pozwy o rozwód, kiedy poznały tą zniewalającą piątkę… - co za paranoja,
uśmiechnęłam się pod nosem -… Przed państwem,
właśnie w naszym programie, na naszej kanapie, One Direction! - krzyknęła kobieta a cichy pisk, przepełniony
niechęcią wydobył się z moich ust. Dłonią zaczęłam szukać czarnego pilota,
który zajmował zaszczytne miejsce obok mnie, kiedy moją uwagę przykuł widok
znajomej twarzy. Chłopak o zielonych oczach, uśmiechnięty od ucha do ucha,
otoczony burzą brązowych loków wbiegł do pomieszczenia i machając ręką i usiadł
na kanapie. Moje serce przyspieszyło swoje tempo, kiedy zaraz obok niego usiadł
drugi członek zespołu. Miał na sobie bluzkę w paski i czerwone rybaczki, jego
niebieskie oczy cieszyły się jak w dniu kiedy się poznaliśmy, także zadowolony
z siebie i swojego wejścia, nawet nie zwrócił uwagi, kiedy obok niego usiadł
blondyn.
-Co jest? – szepnęłam zaskoczona widokiem chłopców. Zaskoczona
widokiem Harry’ ego, Louisa i Nialla. To niemożliwe, niemożliwe żeby ta trójka
należała do tego całego One Direction, które liczyło ponoć pięciu członków a
skoro brakowało jeszcze dwóch to... – Niemożliwe – pisnęłam niczym skarcony
psiak, dziecko, któremu odebrano zabawkę. Jak mogłam się tak pomylić co do tego
człowieka, do tych ludzi. Miska z płatkami wylądowała na drewnianej podłodze, a
ja wyprana z jakichkolwiek uczuć, z burzą myśli w głowie nie dopuszczałam do
siebie tej informacji – Niemożliwe – powtórzyłam z nadzieją, że cały ten
program, poranek okaże się za chwilę snem. Za kilka minut się obudzę i
zadzwonię do bruneta i śmiejąc się, opowiem jakie głupoty mi się śniły.
Minuty mijały. Na ekranie pojawiła się pozostała dwójka, a ja z
rozszalałym od nerwów sercem odsuwałam od siebie bolesną prawdę. Fakt, że życie
kolejny raz zagrało na moich uczuciach.
___________________________________________
Majowy weekend dobiega końca. Sobotnie popołudnie a ja się
waham czy dodawać wam te moje wypociny, czy skasować całą treść z pamięci
komputera i pisać jeszcze raz. Prawdę powiedziawszy miałam masę wątpliwości co
do tego rozdziału. Bałam się, że za dużo napisałam, że za szybko chociaż to
moje przedłużanie ostatnio zaczyna mnie denerwować, jednak nie pytajcie dlaczego
bo sama nie wiem.
Jedyną osobą, która przekonała mnie, że jednak jakiś sens
jest w tym rozdziale, fragmencie posklejanych słów była Gabrielle i to jej powinniście
dziękować – jeżeli się wam podoba – ponieważ gdyby nie ona to zapewne kolejnych
kilka dni czekalibyście na siedemnastkę.
Moje zdanie na jej temat… Wydaje mi się taka dziwna, jakaś inna,
sama nie wiem dlaczego. Osobiście uwielbiam początek, jednak koniec, totalna
klapa dla mnie. Nie wiem, może poszłam po najniższej linii oporu i zaczynając fragmentem
na wysokim poziomi stoczyłam się na dno. Możliwe, jednak już tego nie poprawię.
Przez kilka godzin dumałam jak mogę to naprawić i nic nie przychodziło mi do
głowy. Totalna pustka. Postanowiłam, że zostawię tak jak jest a następny
rozdział napiszę w stu procentach idealnie. Mam nadzieję, że tym was nie
zniechęciłam.
Ach, jeszcze chciałabym powiedzieć to i owo na temat
komentarzy i waszej obecności tutaj. Najpierw pragnę podziękować za każde miło
słowo, za każdą oznakę, że jesteście, czytacie. Jedna z was napisała mi w
komentarzu, że zdarzają się błędy ortograficzne, jakieś pomyłki, przepraszam
najmocniej po prostu nie jestem humanistką, mam umysł ścisły i to, że piszę to
i tak wielki cud.
Dlatego jeżeli traficie na jakiś błąd to nie przejmujcie
się, poprawcie mnie w myślach czy rozstrzelajcie. Ach no i dziękuję, że
zwróciłaś mi uwagę.
Dziękuję także za coś jeszcze. Podczas długiego weekendu
liczba odwiedzin przekroczyła 10000, nawet nie wiecie jak nisko mi szczęka
opadała. Dziękuję też za tak liczne grono obserwatorów, których jest aż 36 i te
wszystkie przychylne mojej pseudo twórczości słowa. Kocham was i nawet nie wiecie
jak cieszę się z waszej obecności.
Dziękuję ♥